|
Aktualności
« wstecz
Ruch Muzyczny ocenia Sacrum Profanum
Dodano: wtorek, 28 października 2008
Czas retrospektywy
„Sacrum Profanum”, Kraków, 14–21 września
Monika Pasiecznik, RUCH MUZYCZNY, Rok, LII nr 22/2008 (26 października 2008)
Nie byłam w zeszłym roku na festiwalu „Sacrum Profanum”, nie będę więc porównywać tegorocznego, szóstego, niemieckiego, z poprzedzającym go amerykańskim. Powiem wprost: na tak dobrym festiwalu do tej pory w Polsce nie byłam. Klarowna koncepcja, panorama współczesnej muzyki niemieckiej w jej wydaniu zarazem mistrzowskim i estetycznie zróżnicowanym, profesjonalni wykonawcy. Nic dodać, nic ująć. Tak trzymać. Wreszcie lekcja chyba dla nas najważniejsza. Festiwal objawił prawdę, którą wypierają ze świadomości nawet ludzie bardzo otwarci na nowe idee. Dotyczy ona statusu muzyki powojennej. Nowa muzyka to nie żadna terra incognita, lecz potężna i dawno ukonstytuowana tradycja, stanowiąca odrębny i wyraźnie zarysowany rozdział historii. W ciągu ostatnich 60 lat zrodziła kilkadziesiąt, a może i kilkaset arcydzieł, które mają dziś wartość encyklopedyczną. Były wielokrotnie nagrywane, reinterpretowane przez kolejne pokolenia wykonawców, omawiane na łamach muzycznych czasopism, poddawane szczegółowym analizom muzykologicznym. Czy tłumy ludzi zasłuchanych w muzykę Stockhausena i Lachenmanna miały tego świadomość? Myślę, że po prostu przyszły obcować ze sztuką, która do nich przemawia. Muzyki współczesnej nie trzeba już bronić, bo nikt nie ma wątpliwości co do jej artystycznej rangi. Ewolucja wrażliwości stała się faktem. Nadszedł więc czas awangardowej retrospektywy.
Rozdział Stockhausen
Retrospektywa Karlheinza Stockhausena objęła najbardziej reprezentatywne dla niego kompozycje: Kreuzspiel, Kontra-Punkte, Zeitmasse, Gesang der Jünglinge, Kontakte, Stimmung, Mantrę, Adieu, Orchester-Finalisten i zaledwie jeden utwór nieznany: Glanz. Dyskutować o ich znaczeniu to powtarzać argumenty powszechnie znane, które i tak pozostają martwe i nic nieznaczące wobec gorącej aprobaty publiczności. Brzmieniowa świeżość muzyki Stockhausena jest dziś równie relatywna, jak dzieł Bacha i Mozarta. Spróbuję więc raczej spojrzeć na tę muzykę jak na klasyczne dziedzictwo i ze skrupulatnością recenzenta scharakteryzować interpretacje.
Docenię zatem kunszt Ensemble Modern, który pod batutą Ilana Volkova zagrał Kreuzspiel i Kontra-Punkte nadzwyczaj selektywnie. Dźwięki rozmieszczone na punktualistycznej sieci układały się w wirtualną, ruchomą rzeźbę. Przestrzenne walory podkreślone zostały zwłaszcza w Kontra-Punkte. Szlachetne brzmienie poszczególnych instrumentów zespołu nadawało muzyce szczególnej subtelności. Wykonana w drugiej części koncertu przez pianistów Ueliego Wigeta i Hermanna Kretzschmara Mantra zaskoczyła natomiast nokturnową aurą. Pastelowe współbrzmienia, kładzione miękko akordy, kontrastowały z precyzyjnie artykułowanymi przebiegami figuracyjnymi. Modulacje dźwięku, przygotowane przez Felixa Drehera, potęgowały surrealistyczny klimat muzyki. W porównaniu z suchą interpretacją braci Kontarskych, a nawet ulubionego ostatnio przez Stockhausena duetu Francka Gutschmidta i Benjamina Koblera, soliści Ensemble Modern wskazali nowe możliwości odczytania tej kunsztownej partytury. Ich interpretacja okazała się niezmiernie zmysłowa i pociągająca.
Pewne wątpliwości budzić mógł natomiast występ Theatre of Voices, który wykonał Stimmung. Mnie to wykonanie nie wciągnęło, nie zaczarowało, pojawiły się też głosy, że muzycy zbyt swobodnie potraktowali uwagi Stockhausena – stąd przypis: „wersja kopenhaska”. Spisała się za to London Sinfonietta, która pod batutą Davida Athertona zagrała Zeitmasse i Adieu. Kompozycje te zespół brytyjski grał już we wczesnych latach 70., kiedy wraz ze Stockhausenem odbywał tournée po Anglii, Włoszech i Niemczech. W efekcie współpracy w 1991 roku nagrał je dla Stockhausen Verlag. Kompozytor wielkim zaufaniem darzył London Sinfoniettę, czemu trudno się dziwić, kiedy słucha się wykonania na bardzo dobrym poziomie. W dalszej części koncertu soliści London Sinfonietty, Sarah Nicolls (fortepian) i David Hockings (perkusja), wykonali Kontakte. Utwór został na moment przerwany z powodu awarii zasilania, co trochę rozproszyło atmosferę, a przede wszystkim zdekoncentrowało muzyków. Niemniej oboje zrealizowali swoje zadania w stu procentach. Można by jedynie życzyć sobie nieco śmielszej elektroniki, która brzmiała za cicho i pozostała w tle perkusji i fortepianu, nie wchodząc z instrumentami w równorzędny, typowo dialektyczny w tym utworze dyskurs.
Mistrzowski okazał się wreszcie występ połączonych od niedawna zespołów Asko i Schönberg, które zaprezentowały po raz pierwszy w Polsce utwory Glanz i Orchester-Finalisten. Soliści zachwycili mnie nie tylko precyzyjną realizacją zapisu nutowego, ale także aktorskim esprit. Wyglądali bajkowo, stworzyli ponadto prawdziwie sceniczne kreacje, które podsuwały myśli o zupełnie nowej jakości, jaką jest teatr muzyczny i muzyka sceniczna, zaproponowane przez Stockhausena.
Odnowiona tradycja koncertowania
Z tradycji Schönberga wyrasta muzyka Helmuta Lachenmanna i twórczo oraz intelektualnie bardzo płodnego Wolfganga Rihma. O koncercie z udziałem Klangforum Wien pod batutą Johannesa Kalitzkego, na którym w roli narratora pojawił się sam Lachenmann, mogę pisać tylko w superlatywach. Po pierwsze dlatego, że nie od dziś Klangforum widzę na pierwszym miejscu wśród zespołów specjalizujących się w wykonawstwie nowej muzyki. Perfekcjonizm muzyków sprawia, że koncerty live grają oni na poziomie nagrań studyjnych. Kompozycja „... Zwei Gefühle...”, Musik mit Leonardo zapierała dech w piersiach. Kiedy tak stopniowo zmierzała ku całkowitej niemal inercji, kiedy głos Lachenmanna, cedzący tekst Leonarda da Vinci, stawał się coraz bardziej anemiczny, wówczas cisza nabrzmiewała treścią i emocją. Nikt nie śmiał odkaszlnąć ani nawet rozprostować zdrętwiałych od zimna kończyn. W podobnym skupieniu publiczność wysłuchała polskiej premiery Concertini. Muzycy Klangforum Wien pokazali zaś, czym jest nowoczesne koncertowanie na miarę XXI wieku.
Popis wirtuozerii instrumentalnej dał też zespół musikFabrik pod batutą Emilia Pomarica, który wykonał Chiffre IV, a następnie Concerto „Séraphin” Wolfganga Rihma. Zwłaszcza ten drugi utwór był dla wykonawców wyzwaniem. Wszystkie partie kompozycji przeznaczonej na orkiestrę kameralną o trochę nietypowej obsadzie wyróżniały się wysokim stopniem skomplikowania, wchodziły też ze sobą w nieskończone relacje. Zapamiętałam energiczną flecistkę Liz Hirst, grające na rogach Christine Chapman i Jodie Lawson, pianistów Benjamina Koblera i Ulricha Löfflera, choć chwalić należałoby wszystkich artystów. Koncert z muzyką Wolfganga Rihma stał się okazją do uczczenia pamięci zmarłego rano Maurizia Kagla, którego utwór Unguis incarnatus est włączony został do programu.
Muzyczny populizm
Estetyczne antypody myślenia Stockhausena, Lachenmanna czy Rihma wyznaczały kompozycje Kurta Weilla, Hansa Wernera Henzego i Heinera Goebbelsa. II Symfonia pierwszego z nich zabrzmiała na koncercie inauguracyjnym w wykonaniu Sinfonietty Cracovii pod batutą Marka Minkowskiego. Gwiazdą wieczoru była Ute Lemper, fenomenalna interpretatorka pieśni Weilla, która w dalszej części koncertu wykonała jego Die Siebien Todsünden. Porównywanie Lemper z Lotte Lenya – żoną i muzą kompozytora oraz pierwszą wykonawczynią jego pieśni – rodzi osobliwe obserwacje. Głos Lemper jest bardziej szlachetny i niezwykle elastyczny. Jej figura przesycona erotyzmem. Sceniczna osobowość, inteligencja, a także wyraziste poglądy polityczne (typowe dla Niemki?) czynią z Ute Lemper obiekt pożądania. Gdyby Weill żył w naszych czasach, z pewnością wybrałby ją właśnie.
Drogą wytyczoną przez duet Weill-Brecht podąża Hans Werner Henze, którego cykl pieśni Voices wykonała London Sinfonietta pod batutą Athertona wraz z solistami: mezzosopranistką Victorią Simmonds i tenorem Alanem Oke. Dowcipne, niemalże kabaretowe agit-propagandowe utworki do tekstów mówiących o niedoli klasy pracującej zabrzmiały dosadnie, ujmując jednocześnie prostą ilustracyjnością, czytelnością zawartego w nich komunikatu. Śpiewakom udało się nawet osiągnąć coś w rodzaju „efektu obcości”, dzięki czemu pieśni Henzego, zamiast irytować swoją naiwnością, wywoływały szczery śmiech.
Trzeci z muzycznych „populistów” to Heiner Goebbels, który nie miał niestety szczęścia do wykonawców. Nie wątpię w profesjonalizm Asko i Schönberg, prowadzący zespoły dyrygent Hans Leenders nie czuł jednak w ogóle muzyki Goebbelsa. Specyficzny dla niej teatralno-jazzowo-popowy feeling, wahania tempa oraz heterogeniczność, która oznacza nieustanne przechodzenie od stylu do stylu, różnicowanie grup instrumentalnych, sprawiły, że wszystko się rozpadało. Jalousie, Herakles 2, Befreiung i wreszcie Samplersuite z jakże istotną partią samplera pozostawiały niedosyt, a nawet rodziły poczucie bezsensu. Bezkonkurencyjny jednak w tej dziedzinie pozostaje Ensemble Modern.
***
„Sacrum Profanum” to pierwszy w Polsce festiwal muzyki współczesnej, na którym słuchacz niczego nie ryzykuje. To festiwal dla koneserów, którzy lubią znane piosenki, choć czasem trudno je zaśpiewać (taka ich uroda). Koncerty dla ludzi, którzy lubią smakować muzykę drugiej połowy XX wieku, tak jak inni smakują kwartety Beethovena czy symfonie Schuberta. I wcale nie jest tych ludzi mało. Niemożliwe? Ja też wszystkich omawianych utworów chętnie posłuchałabym jeszcze raz.
Zobacz także:
|
|