|
Aktualności
« wstecz
Neue Musikzeitung o Sacrum Profanum
Dodano: czwartek, 11 grudnia 2008
„Warszawska Jesień ma konkurencję. Szósty festiwal Sacrum Profanum w Krakowie łączy postęp z popularnością” – napisał w nowym numerze Neue Musikzeitung Daniel Cichy. „Przed kilkoma laty polski fan muzyki współczesnej musiał pamiętać tylko jedną datę i jedno miasto. Święto Nowej Muzyki odbywało się zawsze we wrześniu i zawsze w Warszawie. I mimo że festiwal Warszawska Jesień może poszczycić się olbrzymią renomą i zalicza się do najważniejszych festiwali w Europie Wschodniej, to jego pozycja jest zagrożona. Krakowski Sacrum Profanum ma, co prawda, inne założenia i cele - nie chce poszukiwać ani prowokować, nie skupia się na określaniu estetycznych trendów i nie wdaje się w ryzykowną sztukę, lecz mimo to powoli staje się konkurencją dla Warszawskiej Jesieni. Starannie przygotowany program, intensywna kampania reklamowa (koncerty festiwalowe odbywały się również w Second Life!) oraz potężny – jak na polskie warunki – budżet wpływają na to, że festiwal z każdym rokiem przyciąga coraz większe rzesze fanów muzyki współczesnej.
Pomysł organizatorów Sacrum Profanum na zainteresowanie słuchaczy jest prosty - co rok na festiwalu prezentowana jest muzyka z innego kraju. Grane są dzieła kompozytorów współczesnych danego kraju, a szczególną atrakcję stanowią zespoły o światowej sławie. Aby przyciągnąć młodych, jeszcze nie do końca „wyrobionych” muzycznie słuchaczy, organizatorzy wychodzą poza okazałe mury filharmonii do zajezdni tramwajowej lub opuszczonych hal produkcyjnych dawnej fabryki Oskara Schindlera. Na deser warto zaprosić wielką gwiazdę muzyki rozrywkowej, która zagwarantuje szum medialny, a co za tym idzie - tłumy fanów. Pomysł odniósł sukces. Po zeszłorocznej amerykańskiej edycji festiwalu, podczas której zaprezentowano repertuar, m.in: Charlesa Ivesa, Elliotta Cartera, Johna Cage'a, Philipa Glassa i Steve'a Reicha, przyszedł czas na edycję niemiecką. Usłyszeliśmy dzieła Kurta Weilla, Karlheinza Stockhausena, Helmuta Lachenmanna, Hansa Wernera Henzego, Heinera Goebbelsa i Wolfganga Rihma. Całości dopełniła formacja Kraftwerk.
Festiwal rozpoczął się łagodnie, rzadko granymi w Polsce dziełami Kurta Weilla. Marc Minkowski, który coraz częściej opuszcza enklawę muzyki dawnej, próbując swoich sił w nowym repertuarze, wykonał Drugą Symfonię Weilla z towarzyszeniem Sinfonietty Cracovii, dziś jednej z najlepszych polskich orkiestr. Ta kompozycja o klasycznym brzmieniu była doskonałym wprowadzeniem do „Die Sieben Todsünden”. Główną rolę w tej satyrze na „amerykański sen” ze znakomitym „ballet chanté” odegrała Ute Lemper. Piosenkarka, która wydała niedawno solową płytę niebezpiecznie ocierającą się o stereotypy popowe, udowodniła jednak w Krakowie, że bardziej odpowiada jej repertuar piosenek z lat 20- tych i 30- tych. Ich interpretacje w wykonaniu Lemper są może trochę przestarzałe, lecz przez to prawdziwsze, pełne tęsknoty i ognia, przede wszystkim natomiast artystce udało się przekonać do nich dyrygenta Minkowskiego.
Karlheinz Stockhausen miał przyjechać do Krakowa także po to, by świętować tu swoje okrągłe urodziny. Negocjacje były w toku, zawarto pierwsze umowy. Niestety, kompozytor zmarł w grudniu 2007 roku. Prezentacja jego muzyki była więc swoistym epitafium i równocześnie najważniejszym wydarzeniem krakowskiego festiwalu. Wykonanie wczesnych, średnich i późnych utworów na średnią i małą orkiestrę można z powodzeniem zaliczyć do jednych z piękniejszych polskich wykonań dzieł genialnego niemieckiego kompozytora. Szczególnie podobało się wykonanie Stimmung Stockhausena przez artystów Theater of Voices. Podobnymi owacjami nagrodzono interpretacje Zeitmasze i Adieu przez muzyków London Sinfonietty. Na uwagę zasługiwało także wykonanie najwcześniejszych dzieł Stockhausena – Orchester-Finalisten oraz Glanz przez Asko|Schöneberg i choć było ono mniej precyzyjne - dzięki zamierzonej dyscyplinie kompozytorskiej także przyciągało uwagę.
Polscy fani muzyki współczesnej często uważają Helmuta Lachenmanna za złego czarownika. Straszy się nim studentów wydziałów kompozycji, mówiąc, że jego muzyka jest ucieleśnieniem odczłowieczonej awangardy, zbiorem przeintelektualizowanych dźwięków przesiąkniętych ultralewicową ideologią. Jednak po koncercie muzyków Klangforum Wien, którzy zaprezentowali razem z kompozytorem Zwei Gefühle – Musik mit Leonardo i Concertini pod batutą Johannesa Kalitzke, bardzo chwalono Lachenmanna. I słusznie, bo świat jego dźwięków jest atrakcyjny i interesujący, logiczny a jednocześnie nieprzewidywalny. Dla wielu odkryciem był również cykl Voices Hansa Wernera Henzego wykonywany przez London Sinfonietta. Propagandowe teksty, dziś brzmiące naiwnie, w fantastycznej, wielobarwnej i poniekąd zabawnej oprawie muzycznej mogły jedynie zachwycać.
Koncerty muzyki Heinera Goebbelsa oraz Wolfganga Rihma były słabszymi punktami krakowskiego festiwalu. Kolagen i patchworki Goebbelsa nie przekonały widowni, do czego przyczyniła się również trudna w odbiorze interpretacja utworu w wykonaniu Asko|Schöneberg pod batutą Hansa Leendersa. Niewiele lepsze okazało się wykonanie Chiffre IV Rihma przez musikFabrik wspólnie z Emilio Pomarico. Najciekawszym punktem tego wieczoru była miniatura Unguis incarnatus est Mauricio Kagela, będąca hołdem oddanym kilka godzin wcześniej zmarłemu kompozytorowi.
Spektakularny finał festiwalu w postaci trzech koncertów Kraftwerk w monumentalnej hali ocynowni sprawił, że niszowym do tej pory wydarzeniem zainteresowała się szersza publiczność. 10 tys. sprzedanych biletów na koncert żyjącej legendy muzyki elektronicznej zaskakuje, ponieważ pomysły popowego kwartetu z Düsseldorfu już dawno uznaje się za przestarzałe, a ostre tony retro ustępują miejsca nowym dźwiękom tworzonym przy pomocy programów komputerowych. I znów wydaje się, że estetyka elektronicznej nostalgii, świat wrażliwych robotów, pasujący bardziej do powieści Stanisława Lema, niż do naszpikowanej efektami specjalnymi trylogii Matrix, bardziej fascynuje młodszą część publiczności. Dobrze, że Warszawska Jesień ma teraz konkurenta. Dobrze, że ma go w Krakowie, gdzie mamy do czynienia z mieszczańską publicznością o konserwatywnej estetyce i z młodzieżą, która nie boi się eksperymentów. Co nas czeka w przyszłym roku? Brytyjczycy. W postprzemysłowych halach usłyszymy muzykę Harrisona Birtwistle’a, Petera Maxwella Davisa, Briana Ferneyhougha i Jonathana Harveya. Na krótko przed wyprawą na Warszawską Jesień trzeba więc koniecznie zajrzeć do Krakowa.
Zobacz także:
|
|